recenzja

Zaczarowany zamek – Sophie Anderson

Wyobraźcie sobie wielki drewniany zamek zbudowany bez użycia ani jednego gwoździa. Właśnie w takim miejscu mieszka Olia – główna bohaterka Zaczarowanego zamku Sophie Anderson. Ale nie jest ona jedyną jego miejsca. Wraz z nią mieszka tam jej rodzina i domowik, a także uwięziona magia. I właśnie tę magię wspólnie z Olią będziemy uwalniać.

Teks powstał we współpracy z wydawnictwem Young.

Myślę, że doskonale już wiecie, jak wielką fanką twórczości Sophie Anderson jestem. Na tym blogu możecie przeczytać moje recenzje jej poprzednich powieści – Dom na kurzych łapach oraz Baśnie Śnieżnego Lasu, a także wywiad z autorką. I właśnie z wywiadu dowiecie się, dlaczego tak mocno czekałam na premierę Zaczarowanego zamku.

Magia i piękne wartości

Jak już wspomniałam, będziemy w tej książce wspólnie z Olią uwalniać magię. Ale wiecie jak to z magią bywa – sprawy zawsze się komplikują, każdą decyzje trzeba mocno przemyśleć, a z każdym nowym krokiem sytuacja ulega zmianie. Nie inaczej będzie i tutaj. Główna bohaterka będzie musiała podjąć wiele trudnych decyzji. A za tymi decyzjami podążają pięknie wplecione w fabułę mocne, życiowe wartości.

A że ta książka najbardziej ze wszystkich trzech tytułów autorki skierowana jest do młodszego czytelnika (około 8-12 lat, choć ja mam 34 i genialnie mi się ją czytało!), to te dobre wartości są tutaj idealne. Bohaterów, które podejmują decyzje w oparciu o swoje sumienie, którzy uczą się postępować właściwie – nigdy dość!

Słowiańskość w Zaczarowanym zamku

Sophie Anderson czerpie garściami inspirację ze słowiańskości i wschodniego folkloru. W tej książce spotkamy naprawdę wiele słowiańskich istot. Dowiemy się, kto jest żoną domowika, porozmawiamy z istotą, która mieszka w chacie na kurzej nóżce i powędrujemy przez las z leszym oraz… A nie, tego Wam nie zdradzę, żebyście mieli więcej niespodzianek.

Prócz słowiańskich stworzeń, znajdziemy tutaj także niezwykły słowiańsko wschodni klimat. Książki Sophie są pyszne – zawsze przypominają mi o jakichś potrawach albo inspirują do ich poznania. Ostatnio opowiadałam Wam, jak zrobić zbiteń z Baśni Śnieżnego Lasu. Tym razem spodziewajcie się przepisu na pluszki! Odkąd wpadłam na nie w Zaczarowanym zamku, nie mogę przestać o nich myśleć!

Świetnym zabiegiem jest także to, że na końcu książki znajdziemy krótki słowniczek ze słowiańskimi istotami czy innymi słowami, które mogą być dla nas obce. Wszystko jest spisane alfabetycznie i wytłumaczone.

Czy to retelling baśni?

Pisząc Zaczarowany zamek Sophie Anderson bardzo inspirowała się baśniowym poematem Rusłan i Ludmiła napisanym w 1820 roku przez Aleksandra Puszkina. Jednak nie jest to retelling tego utworu, a bardziej opis tego, co się działo potem. Zatem jeżeli czytaliście Rusłana i Ludmiłę, to w tej książce spotkacie ogrom znajomych bohaterów i czytelnicza przygoda będzie jeszcze pełniejsza.

Jednak jeżeli nie znacie Rusłana i Ludmiły, to nic nie stoi na przeszkodzie by sięgnąć po Zaczarowany zamek. Wtedy jego lektura może Was zaskoczyć jeszcze bardziej. I kto wie, może natchnie Was do poznania baśni o porwaniu Ludmiły – córki Włodzimierza I – przez Czarnomora, a także o Rusłanie, który ruszył na jej ratunek.

Słowem, czytajcie! A jeżeli nie znacie poprzednich książek Sophie, to koniecznie sięgnijcie i po nie. To jest prawdziwa magia ukryta między okładkami.

Z wykształcenia filolożka, literaturoznawczyni, z zawodu specjalistka ds. promocji książek, z serca właścicielka slavicbook.pl - bloga o książkach z motywami słowiańskich wierzeń. Uzależniona od kawy i baśni. Podejrzana o bycie miejską zmorą. Niejednokrotnie przyłapana na zachęcaniu do czytania. Opowiedziała światu "Czerwoną baśń". Ostatni raz widziana przy poszukiwaniu kwiatu paproci.

Dodaj komentarz