recenzja

Okrutnik. Spełniona przepowiednia – Aleksandra Rozmus

Każdy, kto przeczytał pierwszy tom „Okrutnika” z zapartym tchem oczekiwał na ciąg dalszy. Autorka zostawiła czytelnika w takim miejscu, w tak wielkiej niepewności, że zostało jedynie zjadanie poduszki w oczekiwaniu na dalsze losy bohaterów. I wreszcie jest ów drugi tom! I zapewniam, ta recenzja Was zaskoczy.

Uwaga! Jeżeli nie czytałeś tomu pierwszego, to zanim przeczytasz tę recenzję, sięgnij po niego oraz przeczytaj wpis o nim.

Trudno sobie wyobrazić świat jaki przedstawiła nam Aleksandra Rozmus. Szczególnie nam, fascynatom słowiańskości. Ponieważ właśnie ten ukochany przez nas świat stanął w książkach autorki przeciwko ludziom. Weles zezłoszczony tym, jak ludzie niszczą przyrodę i krzywdzą zwierzęta, stanął w obronie natury. Perun natomiast wybrał ludzi. I tak rozpoczęła się wojna – nie tylko między dwoma bogami. Słowiańskie stworzenia – rusałki, wiły, utopce, zmory – wyszły ze swoich ukryć, by polować na ludzi. Istna apokalipsa, którą trudno sobie wyobrazić tym, którzy sympatyzują wszystkim tym stworzeniom.

Okrutnik – manifest dbania o środowisko

Ta książka w niemal każdym rozdziale podkreśla jak bardzo człowiek niszczy świat wokół siebie. I nie tylko! Jak wpuszcza w swój umysł innych poprzez telefony i komputery, jak pozwala im kierować swoimi myślami i uczuciami, jak obżera się niezliczoną ilością jedzenia. Autorka w niemal hiperboliczny sposób pokazuje nam do czego możemy doprowadzić świat poprzez śmiecenie, fastfoody i wszelkie nowinki technologiczne.
Przesadne? Możliwe. Dające do myślenia? Zdecydowanie tak!

Złamanie wszelkich schematów

Jeżeli spodziewacie się, że „Okrutnik” będzie książką o apokalipsie z romansem w tle, to ogromnie się mylicie. Aleksandra Rozmus poprowadziła akcję bardzo niestandardowo. Nie zdradzając żadnych ważnych szczegółów powiem jedynie, że książka nie skończy się wielką apokalipsą, autorka opisała także czas po niej.

Szczerze?

Nie czytało mi się za dobrze. Nie umiem powiedzieć dokładnie, co czuję wobec tej książki. Od pierwszego tomu nie byłam w stanie się oderwać, natomiast tutaj było zupełnie inaczej. Ogromnie podoba mi się konstrukcja całej fabuły, ten niestandardowy pomysł, brak przesłodzonego wątku romantycznego, zwroty akcji. Jednak sam styl pisania kompletnie mi się nie ułożył. Przez trzy czwarte książki ogromnie się męczyłam, dopiero pod sam koniec akcja wkręciła mnie na tyle, że machnęłam na ów styl ręką. A cóż mi w nim przeszkadzało?

Otóż miałam przez cały czas wrażenie, że autorka za bardzo się śpieszy, że widzi całość w swojej głowie, a jej ręce nie nadążają przelewać tego na papier. Tak jakby połykała całe zdania. Doprowadzała do pewnej sytuacji, budowała napięcie, a potem kończyła ją jednym zdaniem, które do tego wszystkiego było nieprecyzyjne, niby metaforyczne, za krótkie i zostawiające czytelnika z niedosytem. Gdybym miała porównać komfort czytania takiej książki do jazdy, byłoby to jechanie bryczką po wybrukowanej ścieżce. A przecież pierwszy tom „Okrutnika” czytało mi się doskonale! W czym zatem jest problem? W źle zrobionej redakcji? Możliwe, w obu tomach jest inna… Nie wiem.

Prawda jest jednak taka, że pierwszy tom połknęłam momentalnie, a przy drugim męczyłam się okrutnie i nie porzuciłam lektury tylko dlatego, że sporo osób czekało na tę recenzję.

A może Wy już jesteście po lekturze tego tomu i macie zupełnie inne wrażenia? Opowiedzcie!


Z wykształcenia filolożka, literaturoznawczyni, z zawodu specjalistka ds. promocji książek, z serca właścicielka slavicbook.pl - bloga o książkach z motywami słowiańskich wierzeń. Uzależniona od kawy i baśni. Podejrzana o bycie miejską zmorą. Niejednokrotnie przyłapana na zachęcaniu do czytania. Opowiedziała światu "Czerwoną baśń". Ostatni raz widziana przy poszukiwaniu kwiatu paproci.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *