literatura dziecięca,  recenzja

„Eri i smok” oraz „Eri czarodziejka”

Opowiem Wam dziś o książce, którą niewielu kojarzy ze słowiańskością, a jest w niej tyle motywów z naszej rodzimej mitologii, że aż czasem pęka w szwach. A właściwie nie o książce, a o dwóch książkach, gdyż o przygodach Eri pojawiły się już dwa tytuły napisane przez Jacka Inglota: „Eri i smok” oraz „Eri czarodziejka”. Posłuchajcie!

Czy można być za małym na wielką przygodę? Jeżeli ma się w sobie magiczną moc, to zdecydowanie nie. A Eri taką moc posiada. Jaka to moc? Zacznijmy od tego, że mieszkając w wiosce, w pobliżu lasu, nasza bohaterka jako jedna z nielicznych w tej wsi, owego lasu się nie boi. Już po tym jednym zdaniu można wyczuć małą wiedźmę, czyż nie? A do tego nasza Eri umie porozumieć się ze zwierzętami! I tutaj do wiedźmy dodajmy czarownicę (znacie różnicę, prawda?).

Eri nie bała się ani lasu, ani wiedźmy, ponieważ wiedziała, że Marusza to dobra szeptucha, która pomaga ludziom w potrzebie.

„Eri i smok” Jacek Inglot

Szeptucha

Eri, choć ma ogromną moc, potrzebuje jednak mentora. I jak to w każdej wsi, tak i w tej, niedaleko mieszka szeptucha Marusza, która z przyjemnością dzieli się z dziewczynką swoją wiedzą. Ale to już w drugiej części („Eri czarodziejka”), bo w pierwszej („Eri i smok”) czeka na nas przygoda pełna niebezpieczeństw. I oczywiście smok!

Słowiańska powieść dla dzieci i nie tylko

Teoretycznie przygody Eri opowiedziane zostały dla młodszego czytelnika (6+), jednak uwierzcie mi, że ja (30+) bawiłam się przy nich doskonale. Ta książka przypomniała mi powieści, które czytałam będąc w podstawówkowym wieku. Historie, gdzie jedni są źli do szpiku kości, a inni krystalicznie dobrzy, gdzie ci pierwsi chcą zdobyć władzę nad światem, a ci drudzy próbują ich powstrzymać.

Jest pewien urok w tych prostych historiach, które nie są w stanie znudzić się człowiekowi przez stulecia. Dawno, dawno temu, mieliśmy baśnie o dziewczynkach i wilkach. Teraz mamy analogiczne historie o superbohaterach i super-złych-bobokach.

Może i jest to przewidywalny scenariusz, jednak ma w sobie sporo słowiańskiej atmosfery i urokliwości. I fakt, że łatwo jest się domyśleć, jak zakończą się poszczególne wątki, kompletnie tutaj nie przeszkadzał.

Okrągła grafika - znacznik poziomu słowiańskości - 3/3

2 komentarze

  • Emilia Teofila

    Będzie czytane.
    Okładka trochę mi się kojarzy z taką książką Terakowskiej, którą czytałam jako nastolatka, Córka czarownic. Ogólnie bardzo lubię takie klimaty, więc z sentymentem chętnie zanurzę się z powrotem w świecie magii. Zwłaszcza tej słowiańskiej! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.