recenzja

Sądny dzień – Jaga Moder

Ta historia mogła się zdarzyć dziś, tuż obok nas. Uchwycisz ją kątem oka, zobaczysz jej smugę w mijanym zaułku, poczujesz jej zapach przechodząc obok jednej z kawiarń. Możesz się otrzeć o nią ramieniem i jej nie zauważyć. A możesz się zatrzymać, przyjrzeć się i… pójść prosto za nią. Cokolwiek zdecydujesz, zrobisz to na własną odpowiedzialność.

Tekst powstał we współpracy reklamowej z Fabryką Słów

Debiuty rzadko robią na mnie wrażenie, bo są… debiutami. Sądny dzień czytałam wstrzymując oddech i nie mogąc uwierzyć, że to debiut. Styl Jagi spokojnie dorównuje Gaimanowi i Łukjanience. Trzymałam w rękach kawał świetnie napisanego tekstu i nie byłam w stanie się od niego oderwać. I to nie przez fabułę, a właśnie przez styl. Jaga Moder mogłaby napisać instrukcję obsługi odkurzacza i przeczytałabym ją dokładnie z takim samym zachwytem.

Czytanie tak napisanych książek to uczta dla umysłu. A gdy dodamy do tego dobrą fabułę…

Blanka – główna bohaterka Sądnego dnia – jest dziewczyną, z którą momentalnie bym się zaprzyjaźniła. Wie jak ogarnąć swój atak paniki i jak zaopiekować się sobą po bardzo trudnym dniu, pochodzi z dysfunkcyjnej rodziny i jest bliska świadomości, że rodziców nie da się zmienić. Pije latte na owsianym i nie je mięsa. Dogadałybyśmy się momentalnie. No, ja zamówiłabym espresso.

Akcja książki zaczyna się w momencie zaginięcia brata Blanki. Dziewczyna widząc, że policja niewiele pomoże, sama podejmuje się poszukiwań Teo. Tylko że te poszukiwania nie prowadzą jej do makabrycznego morderstwa czy do nastoletniej imprezy stulecia, a do… legend. Do świata, w którym to, o czym czytamy w zbiorach zatytułowanych fikuśnymi złotymi literami, ożywa i staje się aż nazbyt realne. Nabiera nie tylko ciała, zapachu i szczeciny, ale także własnych intencji, które nie zawsze działają na korzyść innych ludzi.

Ta historia przykleja się do umysłu i nawet, gdy odłożymy Sądny dzień na półkę, zostaje z nami. Przysiada na ramieniu i cicho opowiada swoją wersję zdarzeń. Towarzyszy nam do momentu, aż nie skończymy całej książki i… nie, nie zamierza odejść. Bo Sądny dzień to dopiero początek, czeka nas o wiele, wiele więcej.

Jestem zachwycona tą książką, widzicie to jak na dłoni. Czytanie urban fantasy pełnego słowiańskich motywów i polskich legend to była uczta, którą z pewnością powtórzę w rereadach nie raz. Z ręką na sercu, rzadko zdarza się książka napisana tak dobrym stylem, która nie traktuje czytelnika jak ucznia, któremu należy parę razy powtórzyć najważniejsze rzeczy. Jeżeli w Sądnym dniu coś jest powtarzane (np. skubanie septum) ma to konkretny cel.

Na oddzielną uwagę zasługują postacie, których nie chcę Wam opisywać w recenzji, by nie zepsuć przyjemności poznawania ich w trakcie lektury. Powiem Wam jedynie, że psychologiczne budowanie bohaterów jest tutaj zrobione perfekcyjnie. Idąc przez tę powieść czułam jakbym czytała o ludziach z krwi i kości. Dodatkowo bardzo doceniam sposób umieszczenia postaci z legend. One po prostu żyją w naszym świecie, nie są podawane nam na tacy, przychodzą, robią swoje i nie zawracają sobie głowy przedstawianiem się. Jeżeli czytelnik chce dowiedzieć się więcej, musi albo czerpać ze swojej wiedzy, albo doczytać historię danej legendy. I ja bardzo polecam sobie podoczytywać, jeżeli nie będziecie kojarzyć którejś z legend, bo dzięki temu książka ta rozrośnie się do fantastycznego uniwersum.

Premiera 5 czerwca. I niech to będzie książka, którą pochłoniecie w te wakacje. Nie pożałujecie. Jest przepyszna i nie tylko dlatego, że jest na owsianym.

Z wykształcenia filolożka, literaturoznawczyni, z zawodu specjalistka ds. promocji książek, z serca właścicielka slavicbook.pl - bloga o książkach z motywami słowiańskich wierzeń. Uzależniona od kawy i baśni. Podejrzana o bycie miejską zmorą. Niejednokrotnie przyłapana na zachęcaniu do czytania. Opowiedziała światu "Czerwoną baśń". Ostatni raz widziana przy poszukiwaniu kwiatu paproci.

Dodaj komentarz