recenzja

Krakowskie potwory – słowiański serial na Netflix

Nie planowałam pisać tego tekstu. Poza tym zwykle opowiadam Wam tutaj o książkach. Ale obejrzałam Słowiańskie potwory na Netflixie i nie mogłam się powstrzymać. Zatem… niech zagrają bębny! Na Slavic Booka wpada recenzja serialu – w bardzo luźnym stylu. Jeżeli jesteście już po seansie, koniecznie podzielcie się wrażeniami w komentarzach.

Serial Krakowskie potwory to historia Alex, która widzi rzeczy. Różne rzeczy… Na przykład, w nocy nawiedza ją zmora. Alex martwi się, że mogą to być początki schizofrenii, na którą prawdopodobnie cierpiała jej zmarła matka. Alex studiuje w Krakowie. Poznajemy ją w momencie, gdy dostaje się na SPECJALNE stypendium do profesora Chyry. Tfu! W sensie profesora Xaviera. Tfu! W sensie profesora Zawadzkiego!

Ten profesor ma szkołę dla X-menów. Tfu! Stypendium dla wybranych studentów UJ. Oni też widzą rzeczy. I mieszkają wszyscy razem. I jak sądzicie? Co powinno się powiedzieć lasce, która myśli, że ma halucynacje, gdy trafia do ekipy, która WIE, że słowiańskie demony i bogowie ISTNIEJĄ? No że „spoko, spoko, my też je widzimy!”, prawda? Uspokoić ją, wprowadzić w temat.

Otóż nie. Nikt jej nic nie mówi. Traktują ją z góry i Alex wszystkiego musi się domyślać. Niby ma się odbyć jakaś rozmowa z profesorem, ale nie dochodzi do niej. Alex podsłuchuje za to jego rozmowę z innym członkiem ekipy i to, co słyszy brzmi jak coś, co może zagrażać jej życiu. Ale nawet po tej sytuacji nikt nie tłumaczy Alex, o co dokładnie chodzi. Słowem Xavier i reszta X-Menów z polskiego serialu Krakowskie potwory to banda buców.

Ach i jeszcze jedno. Jeżeli liczycie na to, że poznamy historie całej ekipy, ich talentów oraz to, co dokładnie robią z profesorem, jak to wygląda na co dzień, to… grubo się mylicie. W scenariuszu tego nie ma. Scenariusza też nie ma. Za to jest Weles i ma na sobie kieckę w cekiny. Tak to mniej więcej wygląda.

Słowiańskość w Krakowskich potworach

No właśnie… W temacie Welesa i reszty słowiańskości. W serialu panuje pełny bałagan jeżeli chodzi o wiedzę o słowiańskiej mitologii. Nic się kupy nie trzyma. Gieysztor i Pełka płaczą w kącie nietknięci przez twórców serialu palcem. Za to Wikipedia popija drineczki ze scenarzystami. Tyle razy zrobiłam facepalma, że chyba na zawsze zostanie mi ślad na czole. Nie, nie bierzcie na poważnie absolutnie nic z tych bzdur o słowiańskości z Krakowskich potworach.

W Internecie krąży informacja, że wątki słowiańskie były trudne dla twórców serialu z powodu braku źródeł. Dlatego też część rzeczy wymyślono na nowo. Ja rozumiem, że faktycznie źródeł jest niewiele, ale jednak warto zrobić research i sięgnąć po wszystko, co mamy. Bo na podstawie stanu wiedzy, który jest dostępny, można było stworzyć bardzo fajny serial, będący nie tylko rozrywką, ale także zachęceniem widzów do zgłębiania słowiańskiej mitologii.

Tutaj oczywiście wchodzimy w temat, czy twórcy fantastyki powinni tworzyć zgodnie ze stanem wiedzy naukowej o mitologii słowiańskiej, czy jednak skoro to jest fantastyka, to można puścić wodze fantazji. I ja zawsze byłam za tym, żeby fantastom_kom dać wolą rękę. Ale tutaj, przy Słowiańskich potworach czułam się niekomfortowo, że serial może być czyimś pierwszym spotkaniem z mitologią słowiańską i ktoś przyjmie zawarte w nim wątki jako prawdę objawioną.

Nie mogę nie wspomnieć o Krakowie. To zdecydowanie jeden z bohaterów serialu. I jest cudny. No, poza momentami, gdy jednym krokiem można przejść z Rynku na Kazimierz, a kilka kamienic łączy się w jedną. Ubawiła mnie też główna bohaterka tekstem, że po raz pierwszy jest przy Smoku Wawelskim. Lasko, mieszkasz w Krakowie. JAK?!

Czy polecam? No pewnie. Warto obejrzeć i wyrobić własne zdanie. I choć serial wygląda jakby już na początku zgubiono scenariusz, a na końcu go odnaleziono, ale było już za późno, to jednak warto zerknąć. Bo to w końcu Netflix i nasza słowiańska mitologia. Ciary żenady gwarantowane!

Z wykształcenia filolożka, literaturoznawczyni, z zawodu specjalistka ds. promocji książek, z serca właścicielka slavicbook.pl - bloga o książkach z motywami słowiańskich wierzeń. Uzależniona od kawy i baśni. Podejrzana o bycie miejską zmorą. Niejednokrotnie przyłapana na zachęcaniu do czytania. Opowiedziała światu "Czerwoną baśń". Ostatni raz widziana przy poszukiwaniu kwiatu paproci.

Jeden komentarz

  • matyjaseke

    Mega dyskomfort jeśli chodzi o „słowiańskość” – trochę miałam do czynienia z mitologią słowian – głównie hobbystycznie i czułam się jakbym czytała kiedyś o trochę innej mitologii…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.